Jest zmęczenie, które łatwo zauważyć. To fizyczne — po nieprzespanej nocy, długim dniu, zbyt wielu obowiązkach. O nim mówimy bez wstydu. Ono ma prawo istnieć.
Ale jest też inne zmęczenie. Cichsze. Trudniejsze do nazwania.
To zmęczenie, które nie mija po śnie. Które nie znika po wolnym popołudniu ani po odhaczeniu zadań z listy. Takie, które nosi się w środku i które często jest niezauważalne dla świata.
Zmęczenie emocjami.
Odpowiedzialnością.
Ciągłym byciem „dla kogoś”.
Casem wygląda się zupełnie normalnie. Funkcjonuje się. Robi to, co trzeba. A jednak w środku jest ciężar, którego nie bardzo da się komuś przekazać jednym zdaniem. Bo jak wytłumaczyć zmęczenie, które nie ma jednego źródła?
Długo myślałam, że to oznaka słabości. Że skoro „wszystko jest w porządku”, nie mam prawa czuć się wyczerpana. Że powinnam być bardziej wdzięczna, bardziej odporna, bardziej ogarnięta.
Dziś coraz częściej widzę, że to zmęczenie nie bierze się z braku siły. Ono bierze się z nadmiaru. Bodźców. Oczekiwań. Myśli. Ról, które nakładamy na siebie każdego dnia.
Nie zawsze potrzebujemy kolejnej motywacji ani planu naprawczego. Czasem potrzebujemy uznania faktu, że jest nam ciężko. Bez tłumaczeń. Bez porównywania się z innymi.
Zmęczenie, którego nie widać, też jest prawdziwe.
I też zasługuje na uważność.
Może nie da się go „naprawić” jednym ruchem. Ale można przestać z nim walczyć. Zrobić dla niego miejsce. Zamiast kolejnego wymagania — dać sobie odrobinę łagodności.
Jeśli dziś czujesz, że masz dość, choć nie potrafisz jasno powiedzieć czego — nie jesteś w tym sama. Czasem samo nazwanie zmęczenia jest pierwszym krokiem do oddechu.
A Ty — czy też czasem czujesz zmęczenie, które nie jest widoczne na zewnątrz? Napisz w komentarzu, co Cię ostatnio obciążało, i poczuj, że nie jesteś w tym sama.